Cel

Autor: Dag J. Stay, Gatunek: Proza, Dodano: 12 listopada 2017, 18:12:32

Naprawdę nie wiem dlaczego tu przyszedłem. Mam żonę, jak i również dziecko. Śliczna dziewczynka, zaledwie dwuletnia, zawsze patrząca na mnie pełnym zaufania wzrokiem. Żonę kocham. Szczerze, bezinteresownie, żyję z nią w zgodzie, uważając za najbardziej wartościową osobę jaką dotąd spotkałem. Mimo to, jestem w tym dziwnym miejscu i nie wiem, co ze sobą zrobić.

– Zapraszam pana za mną. – Młoda Azjatka we wzorzystym kimonie zaprowadziła mnie do małego pokoju na tyłach zapomnianej przez Boga herbaciarni. Posłusznie poszedłem za nią, z jakiegoś powodu bojąc się odezwać. Kiwnąłem jedynie potulnie głową, do tego starałem się zbytnio nie rozglądać.

Bałem się? Nie, tu nie chodziło o strach. Moje ciało przeszywało swego rodzaju zażenowanie, a nawet być może wstyd. Wstyd przed tym, że ktoś kto powinien mieć już takie rzeczy za sobą, nagle wylądował w pokoju jakiegoś podejrzanego lokalu, czekając na kobietę.

Usiadłem w wyznaczonym przez Azjatkę miejscu, po czym gdy ta oddaliła się do innego pomieszczenia, upiłem łyk przygotowanej przez nią herbaty. Cierpki smak rozszedł się po moich kubkach smakowych w równie szybkim tempie, co w głowie pytanie „dlaczego do cholery tu wszedłem?”.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o zdradę ani nic z tych rzeczy. Tak, czekałem na kobietę, która nie jest moją żoną, jednak równie dobrze mogła ona być kosmitą, potworem, lub owcą, która mówi. Nie ważne. Liczył się fakt, że ulotka, którą wcisnął mi pewien mężczyzna obiecywała zmienić moje życie. Jednak może zacznę od początku.

Rano jak co dzień szedłem do pracy. Rutyna zjadała mnie od środka, lecz nie mogłem nic z tym zrobić. Jako urzędnik niskiego szczebla, ubierałem dopasowany garnitur i niczym robot gnałem przez miasto do biura. Posada niezła, wynagrodzenie również. Zapewniałem byt rodzinie, co zdawałoby się wystarczającym powodem do szczęścia. Jednak ze mną było inaczej. Coś mnie gnębiło, a wręcz zżerało od środka, choć nie potrafiłem określić czym to coś jest. Mając takie myśli w głowie, zmierzałem do pracy, odnosząc wrażenie, że wszystkie dni zlewają się w jedno. Wręcz wydawało mi się, że Bóg wymyślił dla mnie jeden uniwersalny dzień, po czym za pomocą funkcji kopiuj/wklej powielił go i zapełnił nim moje mało skomplikowane życie.

Dzisiaj coś się zmieniło. Na mojej drodze stanął mężczyzna, którego nie potrafiłem na pierwszy rzut oka rozgryźć. Ubrany był w białą koszulę oraz spodnie od garnituru. Z dodatków posiadał fikuśną muszkę, a także fantazyjne czerwone szelki, które były jedynie wierzchołkiem góry lodowej definiującej niezwykłości tego człowieka. Nosił niedbałą, nieco zbyt rozrośniętą brodę. Dodawała mu kilku jak nie kilkunastu lat, jednak zdawał się tym kompletnie nie przejmować. Zwieńczeniem wszystkiego, była dość charakterystyczna przerwa między dwoma jedynkami. Patrząc na nią, niemal wyobrażałem sobie jak wsadzam w nią monetę, a ta wlatuje do mężczyzny niczym zapłata w automacie z kawą.

Jakby domyślając się, co kłębi się w mojej głowie, mlasnął znacząco, chcąc odwrócić  uwagę od szpary między zębami. Skupiłem wzrok na jego dość zniecierpliwionym spojrzeniu, po czym wypaliłem:

– Przepraszam, ale o co chodzi?

– Dobre pytanie, w sumie sam chciałbym wiedzieć. – Po tej dość lakonicznej odpowiedzi, potargał włosy, wyciągając w moją stronę drugą rękę z ulotką. – Proszę, nie to że coś sugeruję, ale może się panu przydać.

– Nie rozumiem – warknąłem zirytowany.

– Nie rozumiem, ale o co chodzi… bla, bla, bla. Nie prościej wziąć tę cholerną ulotkę i spróbować zmienić coś, co tak usilnie ci przeszkadza? – Mężczyzna spojrzał na mnie wyzywająco, a ja nie potrafiłem na to zareagować. Najwidoczniej rozczarowałem go tym postępowaniem. Pokręcił jedynie głową, po czym odszedł, zostawiając mnie samego na zatłoczonej ulicy z wciśniętą do ręki ulotką.

Podniosłem pognieciony skrawek papieru przed oczy. Zmień swoje życie. Przyjdź, działaj. Słowa uderzyły we mnie, choć zdawały się pustym sloganem. Wręcz miałem wrażenie, że są skierowane specjalnie do mnie, do pustego mężczyzny, który nie wie, co ma ze sobą zrobić. Tak. Puste słowa skierowane do nie mniej pustego mężczyzny. Być może właśnie to skłoniło mnie by udać się we wskazane na ulotce miejsce. Poczułem, że właśnie ten mały bodziec, może być początkiem wielkich istotnych zmian. Jeżeli nie skorzystałbym z tej okazji, to zapewne druga nigdy by nie wdarła się w moje schematyczne życie, pozostawiając je takim do końca moich dni.

Więc siedzę i czekam. Nie wiem na kogo, wiem tylko, że mój rozmówca będzie kobietą. Choć nie znajdujemy się w Japonii, wszystko łącznie z całym budynkiem zdaje się żywcem stamtąd wyjęte. Ludzie, przedmioty, wystrój, a nawet powietrze… przesycone czymś czego nie potrafię określić. Gdy zamykam oczy, odnoszę wrażenie, że jest właściwe. Pachnie Japonią i klimatem starych herbaciarni, choć nigdy tam nie byłem, co utwierdza mnie w przekonaniu o niezwykłości tego miejsca.

Nagle wchodzi ona. Niewysoka, o czarnych włosach upiętych w misterną fryzurę przywodzącą na myśl najprawdziwszą Gejszę. Zresztą pudrowy, biały makijaż, krwisto wyrysowane usta oraz wzorzyste kimono, nie pozostawiało złudzeń. To Gejsza. Najprawdziwsza Gejsza, choć jej obecność zakrawa o absurd. Nie powinno jej tu być, a mimo to porusza się z gracją i pewnością, jakby znajdowała się na swoim miejscu.

Nieśmiało siada naprzeciwko mnie, po czym spogląda na pustą czarkę. Kąciki ust drgają jej w dziwnym grymasie i już po chwili dolewa mi herbaty z taką czcią, jakby owa czynność była w tym momencie najważniejsza na świecie. Ma przedziwny wzór na kimonie. Niby kwiaty, niby płomienie, w zależności od ułożenia, wprawiają patrzącego w zachwyt lub zakłopotanie. Kwiaty nęcą, a płomienie ostrzegają.

– Oczekiwałam pana – nareszcie przemówiła. Jej gładki głos świdrował w mojej głowie przez dobrą chwilę za nim dotarło do mnie, że powinienem coś odpowiedzieć.

– Ja… przepraszam, ale w sumie nie wiem, co tutaj robię. – Czuję się dziwnie winny. Przecież to nie tak, że zrobiłem coś źle. Jednak w jakiś sposób moje niezdecydowanie oraz mętlik w głowie, skłaniały do myśli, że tak nie powinno być. To błąd. Błędem jest bierność. Błędem jest monotonia. Błędem jest poddanie się, wmawiając światu, że jest w porządku.

– I jak? Nadal niczego pan nie rozumie? – Uśmiech kobiety był odpowiedzią. Nie chce mnie oskarżać, ani wskazywać błędów. Chce bym sam je dostrzegł, a ona jedynie jako mój towarzysz, nie pozwoli bym zbłądził i by moja czarka była pusta.

– Dlaczego życie musi być tak skomplikowane?

– Bo człowiek sam w sobie jest dość skomplikowanym tworem. Niezdecydowanym, czasem zbyt biernym, a czasem wręcz nadgorliwym. Popadającym w przesadę…

– A ja jestem nijaki. Nijaki człowiek z nijakim życiem.

– Ktoś to panu powiedział? – Kimono gładko mignęło mi przed oczami. Czarka znów była pełna, a kobieta ponownie słuchała. Po to tu była. By słuchać.

Zastanowiłem się poważnie nad jej pytaniem. Skąd wziąłem to określenie… nijaki. Czy ktoś nazwał mnie nijakim? Nie. Sam siebie określiłem tym mianem, choć nie wiem dlaczego.

– Myślę, że sam siebie uważam za nijakiego. – Odważyłem się wyznać. Jej usta znów rozchyliły się w uśmiechu, jakby właśnie dokonała niesamowitego odkrycia.

– Nie akceptuje pan samego siebie. Dobrowolnie stawia sobie wysoką poprzeczkę, choć nie wie po prawdzie, co ma zrobić by poprzeczka została przeskoczona. Dlaczego?

– Dlaczego? – Powtarzam bezwiednie jej pytanie. Dlaczego tak siebie męczę? Dlaczego stawiam wymagania, których nie potrafię spełnić, przez co jestem nieszczęśliwy? Chciałbym, by chodziło o ambicje oraz chęć samodoskonalenia, lecz niestety wymagania pochodzą skądś indziej. – Brak akceptacji.

– Brak akceptacji?

– Tak, brak akceptacji. Nie akceptuje takiego obrazu siebie. Prościej mówiąc nie lubię tego jaki jestem, ale też nie potrafię z tym nic zrobić.

– Czego tak pan w sobie nie lubi? – Pytanie nienachalnie doleciało do moich uszu. Mimo to postanowiłem dać sobie czas na odpowiedź pijąc świeżo co nalaną herbatę. Nie łatwo jest ocenić siebie. Widzimy, że coś jest nie tak, że jakaś rzecz zaburza idealny obraz samych siebie, jednak jeżeli już trzeba wskazać ową rzecz, okazuje się to czasem nawet niemożliwe.

– Coś panu powiem – jej dłoń dyskretnie musnęła moje ramię, by zwrócić na siebie uwagę. – Tak dla odmiany, niech spróbuje pan wyobrazić sobie, jaki chce być. Idealny pan… postawić przed sobą cel i dążyć do niego. Jednak proszę pamiętać o zasadzie stopni.

– Zasada stopni?

– Proszę podzielić drogę do celu na części… stopnie, a potem po kolei je pokonywać. Cały dystans rzadko kiedy jest możliwy do przebycia za jednym razem. Wielu ludzi o tym zapomina. Chce jak najszybciej poprzez jeden skok być na szczycie, a przecież gdyby od razu im to się udało znaczyłoby, że ów cel nie był tak cenny jak im się wydawało.

Jej sugestia nie była niczym odkrywczym. Słowa również jakby zacząć je analizować, trąciły powtarzalnością oraz utartymi sloganami i motywatorami. Mimo to trafiła do mnie.

Wstałem, nie mogąc zetrzeć z ust dziwnego uśmiechu satysfakcji. Skinąłem jej z wdzięcznością głową, po czym udałem się do wyjścia. Zapłaciłem dyskretnie za usługę, następnie udałem się do domu, mając w głowie porządek i przekonanie. Przekonanie, że od dzisiejszego dnia począwszy zacząłem coś nowego. Coś, co sprawi, że życie będzie błyszczeć nowym blaskiem. Zacznę doceniać proste rzeczy oraz dobro, które dzielę z rodziną, a przede wszystkim postawie przed naszymi oczyma cel. Nie wiem jeszcze jaki, ale jest to najmniej istotną kwestią. Pragnę jedynie spełnienia i poczucia przynależności. Chcę czuć się potrzebny oraz ważny… ważny dla tych, których istnienie definiuje mnie, a także otaczającą mnie rzeczywistość.

Zasada stopni. Wszedłem do domu. Przytuliłem żonę, która po cichu krzątała się w kuchni. Moje ciało przylgnęło do niej, a nozdrza wdychały unikalny zapach mojej kobiety.

– Nareszcie znalazłem.

– Co takiego? – Spytała, omiatając moją szyję swoim ciepłym oddechem.

– Cel.

– Uhm i co nim jest?

– Byśmy zniknęli z tego świata szczęśliwi oraz spełnieni.

Stopień po stopniu, uparcie zacznę realizować mój cel. Na końcu gdy zacznę zasypiać na wieczność, uznam z satysfakcją, że moje życie było dobre. Tak zwyczajnie dobre.

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się